

Wielu przedsiębiorców rozwija markę przez lata, zanim uporządkuje jej formalną strukturę prawną. Najpierw pojawia się pomysł na nazwę, logo, domenę, identyfikację wizualną, pierwsze produkty albo usługi. Potem powstaje spółka, która prowadzi sprzedaż, wystawia faktury, zatrudnia ludzi, inwestuje w marketing i buduje relacje z klientami. Dopiero po pewnym czasie okazuje się, że znak towarowy, pod którym działa biznes, należy formalnie nie do spółki, ale do właściciela, wspólnika, fundatora marki albo innego podmiotu.
Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że to tylko techniczny szczegół. Skoro właściciel znaku kontroluje spółkę, a spółka działa pod tą samą marką, to po co zawierać jakąkolwiek umowę? W praktyce jest dokładnie odwrotnie. Jeżeli kto inny jest właścicielem znaku, a kto inny faktycznie z niego korzysta w działalności gospodarczej, powstaje realne ryzyko prawne związane z bezumownym korzystaniem z cudzego znaku towarowego.
Taka sytuacja nie powinna pozostawać nieuregulowana. Spółka używająca znaku należącego do innego podmiotu powinna mieć jasną podstawę prawną do korzystania z oznaczenia. W przeciwnym razie pojawiają się pytania o zakres zgody właściciela, odpowiedzialność za sposób używania znaku, prawo do dalszego korzystania z marki, możliwość pobierania wynagrodzenia oraz skutki ewentualnego sporu między właścicielem znaku a spółką.
Najczęściej właściwym narzędziem uporządkowania tej relacji jest umowa licencyjna na znak towarowy.
Znak towarowy bywa potocznie traktowany jak nazwa, logo albo element marketingu. Z prawnego i biznesowego punktu widzenia jest jednak czymś więcej. Może być odrębnym składnikiem majątkowym, który ma własnego właściciela, własną wartość i własną funkcję gospodarczą.
Jeżeli znak jest rozpoznawalny, używany w sprzedaży, kojarzony przez klientów i chroniony prawnie, może generować realne korzyści ekonomiczne. Klient nie kupuje przecież wyłącznie produktu lub usługi w oderwaniu od marki. Często kupuje zaufanie, reputację, historię, styl komunikacji, jakość obsługi i obietnicę związaną z oznaczeniem.
Dlatego znak towarowy może być przedmiotem sprzedaży, aportu, przeniesienia, zabezpieczenia albo licencji. Może też być jednym z najważniejszych aktywów w strukturze biznesu, nawet jeżeli nie zawsze jest widoczny w taki sam sposób jak nieruchomość, maszyna, samochód albo środki na rachunku bankowym.
Problem pojawia się wtedy, gdy znak należy do jednej osoby albo jednego podmiotu, a faktycznie korzysta z niego inna spółka.
Umowa licencyjna jest szczególnie potrzebna wtedy, gdy właściciel znaku i podmiot korzystający ze znaku nie są tą samą osobą prawną lub tym samym przedsiębiorcą.
Typowy przykład wygląda następująco. Osoba fizyczna tworzy markę, rejestruje znak towarowy na siebie, a następnie działalność operacyjna zostaje przeniesiona do spółki z ograniczoną odpowiedzialnością. Spółka prowadzi sprzedaż, używa znaku na stronie internetowej, w social mediach, w ofertach, na fakturach, w reklamach i w relacjach z klientami. Formalnie jednak znak nadal należy do osoby fizycznej.
Podobna sytuacja może wystąpić w grupie spółek. Jedna spółka posiada znak, a druga prowadzi działalność operacyjną. Albo właściciel chce zachować znak poza spółką z powodów sukcesyjnych, majątkowych, inwestycyjnych lub bezpieczeństwa biznesowego. Taka struktura może mieć sens, ale wymaga prawnego uzasadnienia i właściwej dokumentacji.
Jeżeli spółka korzysta z cudzego znaku bez umowy, powstaje kilka pytań. Na jakiej podstawie spółka używa oznaczenia? Czy może go używać bez ograniczeń? Czy może inwestować w jego promocję? Czy może udzielać dalszych zgód? Czy właściciel może żądać wynagrodzenia? Co stanie się w razie konfliktu między wspólnikami, sprzedaży spółki, kontroli podatkowej, wejścia inwestora albo rozwodu biznesowego?
Umowa licencyjna odpowiada właśnie na te pytania.
Brak umowy licencyjnej często nie przeszkadza tak długo, jak między stronami panuje zgoda. Problem zaczyna się wtedy, gdy pojawia się spór, zmiana właścicielska, sprzedaż biznesu, kontrola podatkowa albo potrzeba uporządkowania aktywów przed transakcją.
Bez umowy spółka może mieć trudność z wykazaniem, że korzysta ze znaku na jasnych zasadach. Właściciel znaku może z kolei mieć trudność z udowodnieniem, jakie wynagrodzenie mu przysługuje i jakie obowiązki miała spółka. Jeżeli znak jest ważny dla działalności operacyjnej, brak dokumentu może obniżać wiarygodność całej struktury.
Ryzyko dotyczy również sytuacji, w której spółka przez lata buduje rozpoznawalność marki, ale nie jest jej formalnym właścicielem. Wtedy przy sprzedaży udziałów albo wejściu inwestora może pojawić się pytanie, czy spółka rzeczywiście dysponuje kluczowym aktywem, czy tylko korzysta z niego na podstawie nieformalnej, nieopisanej i potencjalnie odwoływalnej zgody właściciela.
Z perspektywy właściciela znaku brak umowy również jest niekorzystny. Jeżeli spółka używa znaku bez zasad, może dojść do rozmycia kontroli nad marką, nieprawidłowego używania oznaczenia, osłabienia jego wartości albo konfliktu co do tego, kto faktycznie stworzył i rozwinął markę.
Co do zasady tak. Jeżeli spółka korzysta ze znaku należącego do innego podmiotu, właściciel znaku może pobierać wynagrodzenie licencyjne. Trzeba jednak bardzo mocno podkreślić jedną rzecz: takie wynagrodzenie powinno być rynkowe, racjonalne i możliwe do uzasadnienia.
Nie wystarczy wpisać do umowy dowolnej stawki tylko dlatego, że właściciel znaku chciałby pobierać określony procent od przychodów spółki. Zbyt wysoka, przypadkowa albo nieudokumentowana opłata licencyjna może rodzić ryzyka podatkowe, bilansowe i biznesowe.
Dobra licencja nie jest sposobem na sztuczne „wyciąganie” pieniędzy ze spółki. Jest sposobem na uregulowanie korzystania z aktywa, które ma właściciela i wartość ekonomiczną. Różnica jest zasadnicza.
Jeżeli znak rzeczywiście należy do właściciela, jest używany przez spółkę, ma znaczenie dla sprzedaży i może być samodzielnie wyceniony, wynagrodzenie licencyjne może być uzasadnione. Jeżeli jednak znak formalnie istnieje, ale całą jego wartość buduje wyłącznie spółka operacyjna, a właściciel nie wykonuje żadnych realnych funkcji związanych ze znakiem, wysoka opłata może być trudna do obrony.
Rejestracja znaku towarowego jest bardzo ważna, ale nie rozwiązuje wszystkich problemów. Daje tytuł prawny do oznaczenia i wzmacnia pozycję właściciela, ale nie odpowiada automatycznie na pytanie, jaka opłata licencyjna jest uzasadniona w relacji ze spółką.
W praktyce trzeba sprawdzić, kto faktycznie wykonuje funkcje związane ze znakiem. Kto stworzył markę? Kto ją rozwija? Kto finansuje marketing? Kto dba o jakość produktów lub usług? Kto utrzymuje ochronę prawną? Kto ponosi ryzyko sporów? Kto prowadzi sprzedaż i relacje z klientami?
To są pytania, które mają znaczenie przy ustalaniu rynkowej opłaty licencyjnej. Sama formalna własność znaku jest bardzo istotna, ale nie zawsze uzasadnia pobieranie całej ekonomicznej premii związanej z marką.
Właśnie dlatego w bardziej dojrzałym podejściu analizuje się nie tylko to, kto jest właścicielem znaku, ale również to, kto tworzy, rozwija, utrzymuje, chroni i eksploatuje jego wartość. W praktyce podatkowej i transakcyjnej takie spojrzenie często określa się skrótem DEMPE.
Na potrzeby pierwszej decyzji biznesowej nie trzeba od razu wchodzić w całą techniczną metodologię. Wystarczy zapamiętać prostą zasadę: opłata za znak powinna odpowiadać realnej roli właściciela znaku i realnej wartości, jaką znak daje spółce.
Dobra umowa licencyjna porządkuje relację między właścicielem znaku a spółką korzystającą ze znaku. Powinna odpowiadać co najmniej na kilka podstawowych pytań.
Po pierwsze, jaki znak jest objęty licencją. Po drugie, kto może go używać i w jakim zakresie. Po trzecie, na jakim terytorium i dla jakich towarów lub usług. Po czwarte, czy licencja jest odpłatna, a jeżeli tak, jak oblicza się wynagrodzenie. Po piąte, jakie obowiązki ma spółka korzystająca ze znaku. Po szóste, jaki wpływ właściciel zachowuje na sposób używania marki. Po siódme, co dzieje się po zakończeniu umowy.
To ostatnie jest szczególnie ważne. Jeżeli spółka przez lata działa pod cudzym znakiem, trzeba przewidzieć, co stanie się po rozwiązaniu licencji. Czy może jeszcze przez pewien czas używać materiałów? Co z domeną, social mediami, opakowaniami, reklamami, kampaniami, zapasami towaru i komunikacją do klientów? Czy spółka ma obowiązek natychmiastowego zaprzestania używania znaku? Czy przewidziany jest okres przejściowy?
Zbyt ogólna umowa licencyjna może nie rozwiązać tych problemów. Może tylko stworzyć wrażenie, że relacja została uporządkowana, choć najważniejsze ryzyka nadal pozostają otwarte.
Wycena znaku jest szczególnie przydatna wtedy, gdy strony chcą ustalić rynkową opłatę licencyjną, sprzedać znak, wnieść go aportem do spółki, przenieść na inny podmiot albo uporządkować strukturę właścicielską.
W kontekście licencji wycena odpowiada na dwa praktyczne pytania. Po pierwsze, ile znak może być wart jako aktywo. Po drugie, jaka opłata za korzystanie ze znaku może być racjonalna i możliwa do uzasadnienia.
Dzięki temu strony nie wpisują do umowy przypadkowej stawki. Mogą oprzeć się na danych finansowych, przychodach objętych znakiem, zysku operacyjnym, sile marki, zakresie ochrony, funkcjach wykonywanych przez strony i wpływie opłaty na sytuację spółki.
Wycena jest szczególnie ważna, gdy właściciel znaku i spółka są podmiotami powiązanymi. Wtedy trzeba zachować ostrożność, ponieważ warunki rozliczeń powinny odpowiadać zasadom rynkowym. Innymi słowy, trzeba móc odpowiedzieć na pytanie, czy niezależna spółka zgodziłaby się płacić taką opłatę za korzystanie z takiego znaku w podobnych warunkach.
Są sytuacje, które powinny zapalić ostrzegawczą lampkę.
Spółka używa znaku bez żadnej umowy. To podstawowe ryzyko. Brak umowy oznacza brak jasnych zasad korzystania ze znaku, zakresu zgody, odpłatności, kontroli i skutków zakończenia współpracy.
Opłata licencyjna została ustalona „na oko”. Jeżeli strony wpisują do umowy przypadkową stawkę procentową, bez danych i bez uzasadnienia, trudno później wykazać jej rynkowy charakter.
Stawka pochłania znaczną część zysku spółki. Nawet jeżeli znak ma wartość, opłata licencyjna powinna być ekonomicznie racjonalna. Jeżeli licencja zabiera spółce większość wyniku operacyjnego, może pojawić się pytanie, czy niezależny podmiot zaakceptowałby takie warunki.
Nie wiadomo, od jakiej podstawy nalicza się wynagrodzenie. Umowa powinna jasno określać, czy opłata liczona jest od przychodu, sprzedaży netto, określonych produktów, określonych usług albo innej podstawy rozliczeniowej.
Brakuje raportowania i dokumentacji rozliczeń. Jeżeli spółka ma płacić wynagrodzenie licencyjne, powinny istnieć raporty, faktury, płatności i dokumenty potwierdzające rzeczywiste wykonywanie umowy.
Właściciel nie ma kontroli nad sposobem używania znaku. Brak zasad kontroli jakości, komunikacji marki, materiałów promocyjnych i sposobu prezentacji oznaczenia może prowadzić do osłabienia wartości znaku.
Właściciel pobiera wynagrodzenie, ale nie wykonuje żadnych funkcji związanych ze znakiem. Jeżeli właściciel jedynie formalnie posiada znak, a całą wartość marki buduje spółka, wysoka opłata licencyjna może być trudna do uzasadnienia.
Znak jest słabo chroniony albo nie obejmuje realnej działalności spółki. Jeżeli oznaczenie nie jest zarejestrowane, jest zarejestrowane w niewłaściwych klasach albo nie obejmuje faktycznie oferowanych towarów lub usług, licencja może nie dawać oczekiwanego bezpieczeństwa.
Umowa nie przewiduje, co dzieje się po jej zakończeniu. Brak zasad zejścia ze znaku, okresu przejściowego, rozliczenia materiałów, domen, kampanii i zapasów może prowadzić do poważnego sporu.
Umowa istnieje tylko „na papierze”. Niebezpieczne jest zawieranie umowy wyłącznie dla dokumentacji, bez jej późniejszego wykonywania. Jeżeli strony ustalają opłatę licencyjną, powinny realnie stosować mechanizmy przewidziane w umowie.
Najpierw trzeba ustalić, kto jest właścicielem znaku i kto faktycznie go używa. Następnie należy sprawdzić zakres ochrony znaku: czy jest zarejestrowany, na jakim terytorium, w jakich klasach i dla jakich towarów lub usług.
Kolejnym krokiem jest określenie, jakie przychody są objęte znakiem i jakie znaczenie znak ma dla działalności spółki. Inaczej wygląda sytuacja, w której znak jest główną marką sprzedażową, a inaczej taka, w której oznaczenie ma marginalne znaczenie dla decyzji klientów.
Następnie warto przeanalizować, kto realnie buduje wartość znaku. Czy właściciel tylko posiada rejestrację, czy również dba o ochronę, strategię marki i kontrolę jej używania? Czy spółka finansuje marketing, prowadzi sprzedaż i obsługuje klientów? Jak rozkładają się funkcje, ryzyka i korzyści?
Dopiero na tej podstawie można sensownie ustalić, czy opłata licencyjna jest potrzebna, w jakiej wysokości i jak powinna być zapisana w umowie.
Jeżeli znak towarowy należy do właściciela, wspólnika albo innego podmiotu, a spółka używa go w swojej działalności, umowa licencyjna jest często nie tylko wskazana, ale biznesowo i prawnie konieczna. Porządkuje prawa do marki, zabezpiecza właściciela, daje spółce jasną podstawę korzystania ze znaku i pozwala ustalić zasady wynagrodzenia.
Nie chodzi jednak o to, aby stworzyć pozorną dokumentację albo wpisać do umowy przypadkową stawkę procentową. Dobra licencja powinna odpowiadać rzeczywistemu modelowi działania biznesu. Powinna uwzględniać to, kto posiada znak, kto z niego korzysta, kto buduje jego wartość i jaka opłata byłaby racjonalna w warunkach rynkowych.
Jeżeli potrzebujesz pomocy prawnej lub wsparcia w uporządkowaniu zasad korzystania ze znaku towarowego przez spółkę, zapraszamy do kontaktu. Pomagamy ocenić ryzyka, przygotować umowę licencyjną, ustalić właściwy model i wysokość wynagrodzenia licencyjnego oraz uporządkować prawa do marki w sposób bezpieczny dla właściciela znaku i podmiotu, który z niego korzysta.
Radca prawny, Rzecznik ds. europejskich znaków towarowych

