Prawo zwykle zmienia się wolno. Przechodzi przez projekty ustaw, konsultacje, Sejm, Senat, vacatio legis. Tymczasem w branży kreatywnej od lat funkcjonuje rozwiązanie, którego ustawodawca nigdy wprost nie wprowadził – a mimo to stało się rynkowym standardem. Chodzi o czasowe, a czasem powiernicze przeniesienie autorskich praw majątkowych.
Nie było nowelizacji ustawy o prawie autorskim.
Nie było politycznej debaty.
Była za to praktyka: umowy wydawnicze, fonograficzne, producenckie i menedżerskie, w których twórcy „oddają” prawa na kilka lat – po to, by po określonym czasie je odzyskać.
Dla rynku to rozwiązanie oczywiste.
Dla doktryny – problematyczne.
Dla sądów – źródło poważnych dylematów interpretacyjnych.
A jednak – wszystko wskazuje na to, że ten model już się przyjął i zostanie z nami na długo.
Czasowe przeniesienie autorskich praw majątkowych polega na tym, że twórca przenosi na kontrahenta (wydawcę, producenta, wytwórnię) pełnię autorskich praw majątkowych, ale nie bezterminowo, lecz na z góry oznaczony okres – najczęściej kilku lat. W tym czasie nabywca może swobodnie eksploatować utwór, udzielać licencji, czerpać z niego korzyści i zarządzać nim jak właściciel. Po upływie tego okresu prawa mają wrócić do twórcy – często automatycznie, bez potrzeby zawierania dodatkowej umowy.
Nie jest to klasyczna licencja, bo nabywca nie działa „w cudzym imieniu” ani w granicach upoważnienia, lecz jak podmiot praw. Nie jest to też definitywne przeniesienie, bo skutek rozporządzenia ma charakter czasowy i odwracalny. Powstaje więc konstrukcja hybrydowa, ukształtowana przez praktykę obrotu, a nie przez literalne brzmienie ustawy.
I właśnie w tym miejscu zaczyna się problem, który w doktrynie wywołał jedną z najostrzejszych polemik ostatnich lat: czy coś, co zostało przeniesione, może „wrócić” bez nowej czynności prawnej?
Branże kreatywne od dawna funkcjonują w napięciu pomiędzy interesem twórcy a interesem inwestora. Twórca chce zachować długofalową kontrolę nad swoim dorobkiem. Wydawca czy producent potrzebuje realnej, wyłącznej władzy nad utworem – przynajmniej na czas, w którym ponosi ryzyko ekonomiczne.
Licencja często okazuje się zbyt słaba: ogranicza decyzyjność i utrudnia dalszy obrót prawami. Definitywne przeniesienie bywa z kolei zbyt daleko idące – szczególnie dla twórców na wczesnym etapie kariery. Czasowe przeniesienie praw stało się więc kompromisem, który rynek wypracował sam, bez udziału ustawodawcy.
I tu zaczyna się właściwa opowieść.
Z perspektywy klasycznej teorii prawa autorskiego taka konstrukcja budzi zasadniczy sprzeciw (tak komentarz pod red. Ryszarda Markiewicza). W tym ujęciu przeniesienie prawa ma charakter definitywny, a uzależnienie ustania jego skutku od upływu terminu jest postrzegane jako konstrukcja co najmniej niezrozumiała. Skoro prawo zostało przeniesione, nie może „automatycznie wrócić”, bo prawo autorskie – w przeciwieństwie do rzeczy – nie zna mechanizmów ochrony nabywcy opartych na posiadaniu. To stanowisko jest dogmatycznie spójne i intelektualnie konsekwentne. Ale właśnie ono najczęściej zderza się z realiami rynku.
Na drugim biegunie znajduje się podejście wyraźnie bardziej cywilistyczne, rozwijane m.in. w nowszych komentarzach (Andrzej Niewęgłowski), gdzie wskazuje się, że prawo nie zakazuje przeniesienia praw autorskich z zastrzeżeniem terminu lub warunku. W tym ujęciu mechanizm działa jak klasyczny warunek rozwiązujący: z nadejściem terminu prawo wraca do zbywcy, przy czym pojawia się oczywiście problem ochrony osoby trzeciej działającej w dobrej wierze, rozwiązywany przez art. 92 k.c. To próba pogodzenia praktyki rynku z aparatem pojęciowym kodeksu cywilnego.
Jest wreszcie trzecia linia – najbardziej pragmatyczna – w której akcent przesuwa się z konstrukcji dogmatycznych na skutek. Skoro strony wyraźnie określają termin końcowy, to jego nadejście wywołuje skutek analogiczny do spełnienia się warunku rozwiązującego: uprawnienia nabywcy wygasają, a prawa „wracają” do twórcy z mocy samej umowy, bez potrzeby dodatkowych czynności (tak dr Tomasz Targosz).
Trzy głosy, trzy różne wizje tej samej umowy. I żadna z nich nie jest marginalna.
Ten spór nie pozostał wyłącznie akademicki. W wyroku Sądu Okręgowego w Poznaniu z dnia 26 czerwca 2019 r., sygn. XII Ga 410/18, sąd jednoznacznie opowiedział się po stronie klasycznego rozumienia przeniesienia praw. Wskazał, że jedynie licencja ma charakter czasowy, natomiast przeniesienie autorskich praw majątkowych jest co do zasady bezterminowe i ostateczne.
W praktyce oznaczało to zakwestionowanie koncepcji „sprzedaży praw na czas” jako konstrukcji sprzecznej z naturą przeniesienia. Orzeczenie to stało się ważnym punktem odniesienia w dalszej debacie, ale – co znamienne – nie zatrzymało praktyki kontraktowej rynku kreatywnego.
Co szczególnie ciekawe, prawo autorskie od lat akceptuje konstrukcję bardzo zbliżoną funkcjonalnie do czasowego przeniesienia praw – tyle że w innym kontekście. Chodzi o model zbiorowego zarządzania realizowany przez ZAiKS.
Twórca nie sprzedaje tam praw definitywnie. Dochodzi do powierniczego przeniesienia uprawnienia do wykonywania autorskich praw majątkowych w określonym celu i zakresie. Organizacja działa we własnym imieniu, ale na cudzy rachunek ekonomiczny. Przeniesienie to jest czasowe, funkcjonalnie ograniczone i odwracalne – po zakończeniu umowy wykonywanie praw automatycznie wraca do twórcy.
To rozwiązanie od dekad funkcjonuje bez większych kontrowersji. I właśnie ono pokazuje, że system prawa autorskiego potrafi tolerować czasowe „oderwanie” wykonywania praw od osoby uprawnionej, jeżeli przemawia za tym potrzeba organizacyjna rynku.
Czasowe przeniesienie praw działa dobrze tylko wtedy, gdy umowa jest napisana precyzyjnie. Kluczowe znaczenie ma jednoznaczne określenie, czy powrót praw następuje automatycznie, czy wymaga dodatkowej czynności. Istotna jest również ochrona osób trzecich działających w dobrej wierze oraz bezwzględny wymóg formy pisemnej.
Większość sporów w tym obszarze nie wynika z samej idei czasowego przeniesienia, lecz z nieprecyzyjnych zapisów umownych.
Czasowe przeniesienie autorskich praw majątkowych to model, który nie został zapisany w ustawie, lecz ukształtował się pod wpływem realnych potrzeb rynku. Wywołał on poważne spory doktrynalne i podważył klasyczne schematy myślenia o przeniesieniu praw. Mimo że opisywana konstrukcja wiąże się z istotnym ryzykiem wynikającym z niejednolitego orzecznictwa sądów – stała się trwałym elementem obrotu w branżach kreatywnych.
Prawo nie zawsze zmienia się nowelizacją.
Czasem zmienia się praktyką.
Jeżeli rozważają Państwo zastosowanie takiej konstrukcji w umowie – jako twórca, wydawca, producent czy inwestor – warto zadbać o jej prawidłowe zaprojektowanie. Nasza kancelaria od lat doradza w zakresie prawa autorskiego i kontraktów kreatywnych, pomagając klientom bezpiecznie poruszać się tam, gdzie praktyka wyprzedza ustawę.
Radca prawny, Rzecznik ds. europejskich znaków towarowych